wtorek, 19 sierpnia 2014

Oświadczenie woli...

Po jednej stronie barykady, MATKA NR 1.
Jej piętnastoletni syn, od urodzenia, w nieustającej męczarni.
Każdego dnia, gdy on, walczy o każdy oddech.
 Zwija się z bólu, boi się śmierci, prosi o każdą minutę życia.
Ona w tym czasie, prowadzi ciągłą walkę z urzędami.
Żebrze, o każdy grosz na zakup leków, sprzętu rehabilitacyjnego .
Rozsyła pisma do banków, do komorników, o przesunięcie terminów spłaty.
Patrzy na to, jak on resztkami sił, chwyta każdy dzień.
Zamknięta nocą, w ciemnej łazience, gryzie wargi do krwi.
Z bezsilności.
Wie, że jest jedna szansa.
 Jak się o nią  modlić?
Wie, że byłoby to błaganie...o czyjąś śmierć.
Śmierć, która jej synowi przyniosłaby życie.

Po drugiej stronie barykady, MATKA NR 2.
Jej szesnastoletni syn, najlepszy uczeń w liceum.
Wspaniały, ceniony, młody sportowiec.
Uczynny, kochający, nie sprawiający kłopotów.
Duma jej i całej rodziny.
Miał iść na studia, chciał założyć firmę.
Żeby jej kiedyś, było lżej.
Dziś, leży podłączony pod respirator.
Pijany kierowca, prędkość, bezmyślność.
Jej ukochany pierworodny, nie miał najmniejszych szans.
- Co ten lekarz bredzi?! Jak mam się zgodzić?!
Oświadczenie woli?! Pewnie podpisał to bezmyślnie!
Nie pozwolę go zabić!
 On się obudzi, będzie jak dawniej- myśli, połykając łzy.

MATKA NR 1, przeżywa najgorszy w swoim życiu, dramat.
Usłyszała, że jeśli dawca nie znajdzie się w ciągu najbliższych dni...
Nie będzie cienia szans.
MATKA NR 2, patrzy w szklane oczy lekarza.
Słyszy, że śmierć mózgu.
 Niby rozumie, a nie pojmuje.
- Może pani, zrobić jeszcze, coś dobrego- lekarz, dotyka dłoni MATKI NR 2.
Ona, zamroczona cierpieniem, wybiega ze szpitala.
MATKA NR 1, w tym czasie, skulona siedzi pod murem, tej samej kliniki.

Jedna, nie wiedzieć właściwie dlaczego, pyta drugą, czy pomóc.
Tamta, jak karabin maszynowy, wyrzuca z siebie wszystko.
Jednym tchem, jakby ktoś zwolnił blokadę z jej zamkniętych dotąd, ust.
Krzyczy, że jej syn umiera, że całe życie stoją nad przepaścią.
Wyrzuca z siebie pretensję, że od kilku lat, nie chodzą na spacery.
Niewydolność płuc, nie pozwala, nawet na minutę odłączyć się od tlenu.
Mówi, łkając, że nie umie mu pomóc, że czuje się winna i nic nie warta.
Wspomina o ciągłym bólu, niepojętym strachu, o braku snu.
O bezsilności, która ją wykańcza.
MATKA NR 2, słucha w milczeniu.
Myśli w jej głowie, staczają wojnę.
Odwraca się bez słowa, znika w drzwiach szpitala.
MATKA NR 1, po dłuższej chwili, odbiera dzwoniący telefon.
- Mamy płuca dla pani syna- prawie nie słyszy, słabnie, osuwa się po ścianie.

Rok później.
Piękne, wiosenne popołudnie.
MATKA NR 1, idzie polną ścieżką.
Obok niej, uśmiechnięty, samodzielnie oddychający syn.
Ich pierwszy, od tylu lat spacer.
 Nic nie mówią, wzruszenie nie pozwala.
Cieszą się sobą, słońcem, życiem...
 Choć, dziwna to radość.
Wiedzą, komu i czemu ją zawdzięczają.


Cmentarną alejką, spokojnie, bez pośpiechu, podąża MATKA NR 2.
Sama.
Siada, na płycie pomnika.
Mówi, opowiada co u niej.
Zadaje mu jakieś pytanie,  nie słyszy odpowiedzi.
Tylko ciepły płomień znicza, jakby lekko faluje.
Wraca i myśli, o tamtym chłopcu.
Tym, który w  sobie nosi, część jej syna.
Dzięki temu, jej ukochany, jakby nadal żył.
Ta myśl jednak, nie przynosi ukojenia.
Nie zabiera tęsknoty i bólu.


Czasami wydaję nam się, że wszystko, jest łatwe.
Proste, oczywiste.
Podejmowanie decyzji?
To  nic takiego.
Życie przecież, składa się z różnych wyborów.

Masz wszystko.
 Dom, pracę, zdrowe dzieci, kochającego partnera.
Twoje wybory, dotyczą miejsca na wakacje, koloru samochodu, nowych mebli.

I mimo to ,tak często, zdarza ci się tego, nie szanować...
A gdybyś, miał stanąć, po którejś ze stron barykady?...

Jestem jedną z  MATEK  NR 1.
I składam hołd, wszystkim MATKOM NR 2.











wtorek, 12 sierpnia 2014

Falowanie i spadanie...

Słone krople potu sprawiały, że momentami przestawała widzieć.
Czuła ból w klatce piersiowej, za każdym razem, gdy usiłowała nabrać powietrza.
Nogi, trzęsły się coraz bardziej.
Każdy, kolejny krok, był coraz trudniejszy.
 Niemożliwy.
Upadła na kolana, zdarła je.
Przez spodnie, przesiąkła krew.
Podparła się rękami i podnosiła z grymasem na twarzy.
- Jeszcze kawałek- myślała- nie odpuszczę!
Serce, biło jak oszalałe.
Ciśnienie, zatykało uszy.
W ustach, metaliczny posmak.
Wczołgała się wręcz, na tę górę.
Leżała i oddychała razem z ziemią.
Oddech się uspokajał, łzy spływały po cichu.
- Udało się! Wdrapałam się  na nią!
Może cała reszta, też się ułoży...

Ludzie postrzegali ją jako silną, pełną energii i optymizmu dziewczynę.
Człowieka- nadczłowieka.
Zawsze, starając się nie narzekać, radziła sobie ze wszystkim.
Z uśmiechem na ustach.
Z radością w oczach.
Miliony pomysłów w głowie.
Entuzjazm, mimo szeregu problemów.
Ona- wzór do naśladowania.

Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest?
 Gdy gasną światła?
Miasto, pogrąża się we śnie.
Ty siedzisz pod ścianą.
Na zimnej posadzce.
Strach o jutro, zatyka niewidzialną dłonią usta i nos.
Nóż samotności, żywcem kroi całe ciało.
Koszmary z przeszłości, nie pozwalają się ruszyć.
 Paraliżują cię.
Oddech nałogu, wciąż czujesz na karku.
Resztkami sił, co dzień, bronisz się przed nim.
Żeby nie popłynąć.
Zza ściany, dobiegają dźwięki normalnych domów.
Pełnych rodzin.
Ty, widzisz tylko ciemność.
  W myślach, szukasz maski.
Na kolejny dzień.
Żeby nikt nie zadawał pytań.
 Nie pomyślał, że sobie nie radzisz, że potrzebujesz pomocy.
I tak, nikt cię nie zrozumie.
Nie przeżył tego, czym ty przesiąkasz każdego dnia.
Czasem dziwisz się sam sobie, że jeszcze nie zwariowałeś.
A może to już, tylko nie zauważyłeś?
Przyjmujesz kolejne, bolesne lekcje.
I zamieniasz je w życie, które dajesz innym.
Nie sobie.
Ciebie jest coraz mniej.

Czasem los jest tak łaskawy, że przynosi odrobinę snu.
Pozwalasz wtedy, by dusza odrywała się od twojego ciała.
Ryzykując, że już do niego nie wróci...
Jedyna namiastka, pozornej wolności i odpoczynku.

Pomyśl o tym wszystkim, gdy dziś zgasną światła...

Powoli, podnosiła się z ziemi.
Patrzyła przed siebie.
Była wysoko, trochę jakby ponad światem.
Przez moment miała wrażenie, że ktoś dotyka jej drżącej dłoni.
Mimo ponad dwuletniej rozłąki, nadal chwilami czuła jego obecność.
- Jak tu pięknie- przeszło jej przez myśl.
- Co ze mną będzie?!!- wykrzyczała gdzieś w dal.
Echo milczało.
Chyba nawet ono, nie wiedziało,co jej odpowiedzieć...

Człowiek uczy się siebie.
Poznaje i odkrywa, całe swoje życie.
Upada, czasem bardzo boleśnie.
Ważne, że próbuje, że chce się podnieść.
Nie dla kogoś.
Dla siebie.

Jeśli zrozumiesz, że siła i wola życia jest w tobie,
niebo będzie dla ciebie tańczyło tak, jak mu zagrasz...







sobota, 9 sierpnia 2014

Siła Księżycowych Sióstr...

Ściągały się myślami.
Dzieliło je, nieco ponad tysiąc kroków.
Nad tą samą rzeką, ten sam księżyc, oświetlał ich twarze.
Tak skrajnie różne, a tak duszami spojone.
Nie bały się żadnej burzy.
Kochał je wiatr.
Deszcz, obmywał wspólne łzy.
Na swoim własnym niebie, bywały bardziej wolne, niż wszystkie istniejące ptaki.
Góry były ich domem.
Ich widok dodawał im, niesamowitych sił.
Nierozłączne.
A jednak...

Życie bywa przewrotne.
 Okrutne.
Do serca jednej z nich, wkradła się nieuzasadniona zazdrość.
Jedna z nich pozwoliła, by ktoś trzeci, zerwał nić.
Góry spowiły się mgłą, widzialną tylko dla nich.
Księżyc, ubrał się w brunatną szatę.
Tysiąc kroków zamieniło się, w milion kilometrów.
Ich wspólna droga, zarosła cierniami.

Miotały się udając, że jedne,j nie obchodzi życie drugiej.
Realizowały swoje wspólne kiedyś marzenia, plany.
Spełniały je, każda z osobna.
Cieszyły się słońcem, deszczem, tak jak kiedyś.
Lecz skrajnie inaczej.

Nocą, każda z nich podchodziła do swojego okna.
Jedna, obracała w palcach, bliską sercu bransoletkę.
Druga, zostawioną kiedyś przypadkiem, spinkę do włosów.
W sercach obu, tlił się jakiś smutek, żal, tęsknota.
Mimo to, nie przyznawały się do tego.
Bo ktoś kiedyś powiedział, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Tylko....
Czy one kiedykolwiek, z niej wyszły...

Jedną z nich kilka dni temu, obudził niepokój.
Wiedziała, że drugiej, dzieje się krzywda.
Spojrzała na telefon.
Sms- pomóż mi...
Co zrobić?
Zawiodła mnie.
 Długo  bolało!
Przestraszyła mnie tak, że nie wiem, czy umiem.
 Czy powinnam, na nowo zaufać...
Ludzie popełniają błędy.
 Ona nie miała lekkiego życia.
Nie!
 Nie będę nikogo usprawiedliwiać!
Mogła pomyśleć, nie zgrywać bohaterki.
Co zrobić...
Jak mam postąpić?

Ta druga, usiłowała ruszyć się z miejsca.
Zastanawiała, czy w ogóle powinna, prosić tamtą o pomoc.
Czy zasłużyła na drugą szansę...
Nie miała nic, na swoje usprawiedliwienie.
Jedyne co mogła, to zacząć od nowa...

Czekała na nią, nad ich rzeką.
Zobaczyła, jak zbliża się powolnym krokiem.
Znajome trampki, tylko twarz jakby bladsza.

Zobaczyła ją pierwszy raz, od dłuższego czasu.
Te same jasne, pełne blasku włosy.
Tylko oczy, jakby mniej ufne.


Wiara cię nie uleczy. Ale też nie zrobi ci krzywdy…
I dobrze jest się bać...
To oznacza, że jeszcze masz coś do stracenia...
 Pomyślała, jedna z nich, coraz bardziej zbliżając się do drugiej.

 
 Czy wyplewią ciernie i chwasty na swojej drodze?...














niedziela, 3 sierpnia 2014

Ławka II

Zawsze była tam wcześniej, niż on.
Siadała i patrzyła w dal.
Nie czekała.
Wiedziała, że i tak przyjdzie.
Nigdy jej nie zawiódł.
Nie okłamał.
Spóźniał się notorycznie 15 minut.
Śmiał się, że tego kwadransa, już rok nie może nadrobić.
Tym razem też tak było.

Pocałował ją w policzek.
Usiadł obok i nawet nie patrzył.
Nie musiał.
W powietrzu, unosił się słony zapach jej łez.
Pozwalał, by wsiąkały w ziemię, a później łączyły się z rzeką.
Milczeli tak oboje, dłuższy czas.
Godził się na jej cierpienie, choć bardzo go to bolało.
- Przywiozłam ci kamyki, znad morza.
Jej głos pojawił się nagle.
- Dobrze, że tylko kamyki- odparł.
Uśmiechnęła się lekko, bo przypomniał jej się sms.
Zapytała go, kilka tygodni wcześniej, czy mogą być kamyki.
Jeśli nie znajdzie muszelek.
Odpisał, że wszystko, co wiąże się z morzem.
Byleby, nie puszki i butelki po piwie.

Spojrzał w jej błękitne, smutne oczy.
Dotknął lekko jej dłoni.
- Poradzisz sobie, siostra.
Ty, zawsze sobie radzisz.
Los cię nie rozpieszcza, ale ludzie i życie cię kochają.
Pomyślała o tym, czy wypowiedziane przez niego zdanie, ma sens.
Zapalił papierosa.
- Moja mała siostrzyczka- myślał.
Dlaczego, wciąż tyle musi znosić, dźwigać?
Taki fajny z niej człowiek.
- Mówią, że dostaje się tyle, ile jest się w stanie unieść- odpowiedziała.
Jakby słyszała jego myśli.
Nie zaskoczyło go to.
Zawsze rozumieli się bez słów.

- Pamiętasz jak ostatnio, myśleliśmy, że ktoś nas śledzi?
Po drugiej stronie Sanu, w krzakach?
Wybuchnęli śmiechem.
Na moment, bo jej oczy, na nowo się zaszkliły.
- Jesteś najsilniejszym człowiekiem, jakiego znam- powiedział, patrząc w niebo.
Jak słonecznik, nic cię nie złamie...
Teraz, też tak będzie.
Tylko, daj czasowi czas.
Zamyśliła się.
Może tak właśnie, miało być?
Gdyby nie ból, nie znalibyśmy, słodkiego smaku ulgi.
- Nie odprowadzisz mnie?- parzyła na niego, lekko mrużąc oczy.
- Przecież, ja cię nigdy nie odprowadzam- podał jej dłoń.
- To dlaczego, zawsze, wybierasz taką drogę, bym jak najmniej szła sama?
- Bo jestem twoim przyszywanym, starszym o miesiąc bratem.

Na moment, oparła głowę, na jego ramieniu.
Głęboko wciągnęła powietrze.
Wiedziała, że chwilę jej zajmie, zanim znów zacznie biegać.
W kolorowych trampkach, po kałużach.
Nie wiedziała jeszcze, czy kiedykolwiek zdoła, znowu komuś tak zaufać.
 Ponownie otworzyć, tyle razy sklejaną duszę.
Wiedziała jedno.
W domu, czekał na nią ktoś, kto nigdy nie przestanie jej kochać.
Nie pozwoli jej zwątpić.
Upaść.
Czworo wpatrzonych w nią, bezgranicznie oczu..

I dlatego, zrobiła pierwszy krok.
Ty też go zrobisz...

Z myślą, o M.K



-

sobota, 12 lipca 2014

Klauzula sumienia...

- Nasza zdrowa córka, miała już 6 lat, gdy zapragnęliśmy dla niej rodzeństwa.
To była wspólna, przemyślana decyzja.
Staraliśmy się o tę ciąże, blisko dwa lata.
Tak bardzo chcieliśmy mieć, jeszcze jedno dziecko.
Oboje z mężem pochodzimy z domów, gdzie celebruje się tradycje rodzinne.
Jesteśmy wierzący.

Pamiętam tę wspaniałą chwilę, gdy usłyszałam od lekarza, że to trzeci tydzień.
Mąż trzymał mnie długo w ramionach.
Córeczka już wymyślała imiona dla siostrzyczki lub braciszka.
Rodzina, przyjaciele cieszyli się wraz z nami.
Zabraliśmy się za remont pokoju.
Pierwsze zakupy, plany na przyszłość.

W szóstym tygodniu, obudził mnie koszmarny sen.
Stałam nad ogromną przepaścią.
Wiał silny wiatr.
Na rękach trzymałam maleńkie zawiniątko, w nim dziecko.
Całe było pokryte lepką mazią.
Coś co czułam, a czego nie widziałam, usiłowało wyrwać mi je z rąk.
Obudziłam się przerażona.
Z samego rana, targana złymi przeczuciami udałam się do lekarza.
Jakieś badania, uspokajanie mnie, zapewnianie o tym ,że wszystko jest dobrze.
Nie zauważono żadnych nieprawidłowości.
Mój lęk jednak nie mijał.
Narastał we mnie, z ogromną siłą, każdego dnia.

Później, wszystko potoczyło się szybko.
 Tak szybko, że ciężko mi nawet, poskładać to w logiczną całość.
Bóle w podbrzuszu, kolejne badania, szklane oczy lekarza.
Potok słów, o uszkodzeniach płodu.
Bardzo licznych, nie mających końca.
Informacje, że istnieje możliwość usunięcia ciąży, w tak ciężkim przypadku, jak mój.
Gdy chciałam dowiedzieć się więcej na ten temat, usłyszałam:
- Pani mamo!?
Powiedziałem pani o możliwości aborcji, czysto teoretycznie.
Chyba nie pomyślała pani, żeby to niczemu niewinne dzieciątko uśmiercić!?
Trzeba wierzyć, że jakoś to będzie.
To żywy człowiek, ma prawo żyć!
Wyszłam z gabinetu trzymając się ścian.

Nie pytaj mnie, co oboje z mężem, czuliśmy w domu.
Jak biliśmy się z myślami.
Dniami i nocami, czytając o wszystkich wadach, jakie zdiagnozowano.
O tym, na co skarzemy naszego syna, jeśli pozwolimy mu, przyjść na świat.
O tym , jakimi okażemy się rodzicami, jeśli zdecydujemy się na przerwanie ciąży.
Opinia publiczna, obowiązujące w naszym kraju prawo, lekarze- nie pomagali.
Nie pytana o zdanie, już na starcie słyszałam, że jestem nikim.
 Skoro w ogóle dopuszczam do myśli, inne ewentualności.
Nikomu nie życzę, piekła przez jakie wtedy przechodziliśmy.
Tak, wtedy myślałam, że to najgorsze uczucie.
Te odbijające się echem w mojej głowie pytania:
Co zrobić? W którą stronę iść? Czy jest dobre rozwiązanie?

Poród był bardzo ciężki.
Pamiętam przerażającą ciszę, gdy położna trzymała Kamila w rękach.
Pamiętam spojrzenia pielęgniarek.
Nikt nawet, nie dał mi go dotknąć.
Od razu został podłączony pod milion rurek i specjalistyczną aparaturę.
- Czy tak już będzie zawsze?- zapytałam cicho.
- Będzie jeszcze gorzej- usłyszałam, nawet nie wiem od kogo.

Kiedy mi to opowiadała, przełykałam gęstą ślinę, starając się nie płakać.
Patrzyłam w jeden punkt, by nie odwrócić wzroku tam , gdzie leżał on.
Jej syn.
- To piętnasty rok naszej gehenny.
Nie chodzi o mnie, o męża.
W ogóle nie myślę o nas.
Tylko o nim.
O tym ,że skazaliśmy go, na piekło na ziemi.
Przerywa w pół zdania, bo aparatura zaczyna piszczeć jak oszalała.
Odłącza mu respirator i odsysa wydzielinę.
Moje oczy zatrzymują się na jego siniejącej twarzy.
Widzę, nienaturalnie wytrzeszczone oczy, z których lecą łzy.
Po dłuższej chwili, wszystko się uspokaja.
Ona dźwiga jego bezwładne ciało.
Zdejmuje opatrunki.
W powietrzu, unosi się nieprzyjemny zapach.
Jego twarz wykrzywia grymas bólu.
Ona, cierpliwie opatruje żywe, tętniące rany.
Głaszcze po głowie.
Wraca do mnie, siada.
Przytrzymując się stołu, oddychając ciężko, mówi:
- Boże...
Gdzie ja miałam sumienie...

Wchodzę do domu.
Myślę o niej.
Myślę o milionach rodziców, takich jak ona.
O ich cierpiących dzieciach.
Również o tych, którym się wydaję, że mają prawo ingerować w ich decyzje.
Z telewizora, dobiega mnie wypowiedź, publicysty Ziemkiewicza:
- Jeżeli już ( matka) żałowała pieniędzy na zabieg prywatny- bo przecież już się wykosztowała na in vitro, z którego uszkodzona ciąża pochodziła...mogła znaleźć kogoś, kto ją wyskrobie za pieniądze z NFZ.

Ogarnia mnie złość.
Po głowie, kołacze się jedna myśl.
Szkoda, że ani w Polsce, ani nigdzie, nie ma możliwości transplantacji mózgu.
Panom i Paniom, wygłaszającym podobnego typu brednie, bardzo by się to przydało...

Zamykam okno, nadciąga burza.
Z pokoju obok dobiega mnie, ledwo słyszalny głos:
- Mamo, wezwij pogotowie.
Krwioplucie i duszność.
Na szybie pojawiają się, pierwsze krople deszczu.
To nie deszcz.
To moje łzy...




piątek, 27 czerwca 2014

Profesorze! Melduję! Chyba wykonałam zadanie...

Dzieciaki wpadły do domu jak burza.
Uśmiechy na twarzach i tekst Johnego:
- No wiesz mamo, pasków i nagród nie ma ale zawsze mogliśmy nie zdać.
Parskamy śmiechem.
 Wcale nie jest tak źle, wręcz przeciwnie.
Jestem z nich bardzo dumna.
 Wiem, że szkoła, to trudna lekcja życia...

- Co ty gadasz dziewczyno!
Jaki on jest?!
 Gbur i tyle!
 I tyle zadaje...
Ja profesora K., postrzegałam inaczej.
Wiem, nie był lubiany.
Zawsze stonowany, wręcz chłodny.
Wymagający, bez poczucia humoru.
 Potrafił mówić tylko o historii.
Czasem miałam wrażenie, że uczył jej od kołyski.
Uczniowie go nie znosili.
Zadawał sporo.
 Bardzo dużo wymagał.
 Był surowy.
 Jakby bezuczuciowy?
Ja też, nie darzyłam go wielką miłością ale było w nim coś...
Gdy opowiadał, nie umiałam nie słuchać.
Mówił o datach, wydarzeniach z taką pasją, zaangażowaniem.
Nie sposób tego opisać.

- Anika weź to szybko przepisz, bo zaliczysz banię jak się patrzy!
Magda- moja szkolna zmora.
Byłyśmy jak...Przyjaciółki?
Łączyła nas, dość specyficzna więź.
Jakby trochę z innej gliny.
 Innych światów.
 A jednak na tej samej fali.
- Dziewczyno!
 Ja wiem ,że ty wierzysz w te swoje króliki, Alicje i inne cuda !
W każdą dziurę byś wskoczyła, myśląc, że znajdziesz się w tym innym, lepszym świecie!
Tylko wiesz, jesteśmy tu!
 Za chwilę dzwonek i przyjdzie on!
I straci nas o głowę, jak nie przepiszemy tego zadania!
Śmiałyśmy się obie, patrząc w dal.
Każda, w swoje marzenia o przyszłości...

- Ty nie wiesz, dlaczego nasz historyczny oprawca, taki jest?
Zapytałam kiedyś, kogoś.
Usłyszałam, że stracił ukochaną żonę, w gwałtowny sposób.
Z synem, jakoś nigdy nie potrafił się dogadać.
Od kilku lat, był zupełnie sam.
On i jego książki o historii.
Zgorzkniały cień człowieka, z fascynującą wręcz wiedzą.

- Słucham! Kto mi odpowie na moje pytania!
Jego donośny, stanowczy głos przerwał moje rozmyślania.
- Może ty, klasowa mądralo?!
Tym razem, też mi zacytujesz bohatersko, tych swoich Pink Floyd'ów?!
Patrzył na mnie swoimi...
Właśnie.
Nie miał złych oczu.
To raczej spojrzenie, samotnego, pogrążonego w bólu człowieka.
Wstałam i zaczęłam mówić.
Patrzyłam zdumiona, jak jego wzrok łagodnieje.
Jest wręcz zaskoczony.
- Skąd ty to wszystko wiesz?!
- Od pana.
- Nie dyktowałem wam tego!
- Nie.
Mówił pan, opowiadał.
A ja tylko notowałam.
Wyciągnęłam dłoń z zabazgraną kartką.
Pierwszy raz, wszyscy, dostrzegliśmy cień uśmiechu.
- Będą z ciebie kiedyś ludzie, Werner...

Po blisko dwudziestu latach.
Melduję Panie Profesorze, że chyba są.....

W hołdzie wszystkim, bardziej lub mniej lubianym nauczycielom.
Szczęśliwych wakacji !



czwartek, 26 czerwca 2014

Jeśli zwątpisz, ktoś zniknie...

- Pierwszy i ostatni raz- powiedział sam do siebie, opuszczając mury Sądu.
Wstyd, strach, uczucie rezygnacji, zanikały z dnia na dzień.
Zapomniał, poczuł się pewniejszy, popłynął...

Wpadli do mieszkania o świcie.
Wyciągnęli go z łóżka, rzucili na podłogę.
Znaleźli też to, po co przyszli.
Zabrali go, machając nakazem.
On, pamięta tylko bladą twarz matki.
Ona, jego zakute w kajdanki ręce.

Przesłuchania, paniczny lęk, smród celi.
Nie pozwolili mu na telefon, żaden kontakt z rodziną.
Ona, schorowana matka, siedziała sama w pustym mieszkaniu.
Uporczywie wpatrywała się w telefon, który męcząco nie dzwonił.
-Ta cisza mnie zamęczy, pokona, nie wytrzymam jej.
Na drugim końcu Polski, w tym samym czasie, odchodził ktoś bliski.
- Przecież tam teraz nie zadzwonię, muszę sama to jakoś znieść.
Przetrwać.
Pomóc mu.
 Zawiódł, bardzo.
Kolejny raz, ale to mój syn, potrzebuje mnie.

On też myślał o tym, patrząc na kraty.
Czy jeszcze żyje?
 Może moja siostra już jest wdową?
Nawet nie mogę do niej zadzwonić, pocieszyć, zapytać...
Kim ja jestem?
 Nikim.
Jak mogłem im to zrobić?
 I to teraz...
Setki, tysiące, czarnych, brudnych, strasznych myśli.
Wyrzuty sumienia, które dawały fizyczny ból i ściskały gardło.
Strach, który nie pozwalał nawet na moment zmrużyć oczu.
Bezradność i uczucie upokorzenia.
Piekło, którego nie życzy się nikomu.

Kaucja.
Oczekiwanie na sprawę.
Unikanie oczu matki.
Telefon do siostry.
Odszedł najbliższy jej człowiek.
Liczy na mnie, a ja tak spieprzyłem.
 Znowu...
A moja dziewczyna?
Zaryzykowała dla mnie, zmieniła całe swoje życie.
Pokochała mnie jej córka.
 Dziecko, zaufało.
I co teraz?
Nie zasługuje na nic.
 Na pewno nie na to, co mam...
Odroczenie.
Kilka miesięcy wolności.
Matka, dziewczyna, wybaczyły.
Co ja powiem siostrze?
Obiecałem jej.
 Ona ma takie ciężkie życie, a jest tak odpowiedzialna, silna.

Siedzieli w małym pokoju.
Ona była wdową, od trzech miesięcy.
Nieświadoma tego, co się z nim działo, w tym czasie.
Nie patrząc jej w oczy, siedząc naprzeciw, mówił.
Trzęsły mu się dłonie, leciały łzy.
Jej też.
Zapadła cisza.
Milczeli oboje.
Usiadła obok.
Złapała jego dłoń.
- Wyjdziemy z tego, razem.
Z naszych małych piekieł.
Nigdy nie zostawię cię samego.

Odetchnął, pierwszy raz normalniej.
Pierwszy raz od kilku miesięcy.
Zastanawiał się nawet, czy w ogóle oddychał.

Jesteśmy tylko ludźmi.
Popełniamy, niezależnie od wieku, masę błędów.
Mówimy, że już nigdy, po czym ponownie błądzimy.
Znowu wchodzimy, do tej samej, mętnej rzeki.
Staramy się znaleźć mniej krętą drogę.
Sami, mamy na to marne szanse.
Uważamy, że jeśli już raz zrobiliśmy coś niedobrego, już zawsze będziemy źli.

Nigdy nie wątp w drugiego człowieka.
Pomyśl najpierw, czy sam nigdy nie zabłądziłeś.
Życie nie raz pokazuje, jak potrafi być okrutne.
Może też kiedyś, będziesz potrzebował czyjegoś wsparcia.
Dłoni, która pojawi się na  czas i pomoże ci wstać.
 Podnieść się.
Zwątpienie sprawia, że ludzie giną, jak poranna mgła...

Za kilka dni, też przejdziemy to razem, S. ...